Mały Marcin pojawił się na świecie 4 Listopada 1970 roku, w Poznaniu. Jego edukacja muzyczna rozpoczęła się bardzo wcześnie, bo już w wieku ośmiu lat. Wszystko wskazywało jednak na zdecydowanie bardziej spokojną scenę, albowiem pierwszym instrumentem
Marcina był fortepian. Nikt chyba nie uwierzy, że facet, który dziś daje rocznie dobrą setkę koncertów, panicznie bał się występów na scenie. Strach oraz powstał niechęć do klawiszy wzięły górę (choć, jak się okazało, wcale nie wygrały!) i po ośmiu latach nauki fortepian poszedł w odstawkę.
Na całe szczęście dzięki swojemu ojcu, wielkiemu entuzjaście muzyki rockowej, Marcin już od najmłodszych lat miał styczność z chłopakami wyprawiającymi różne cuda na gitarach. Postanowił pójść w tym kierunku. Swoje pierwsze dźwięki rockowe wydobywał z kija golfowego... przeżywając muzykę najpierw: Beatlesów i Hendrixa, serwowaną przez ojca, a potem już własne odkrycia: Iron Maiden, Black Sabbath. Słuchając płyty "Powerslave" dokładnie uświadomił sobie, co chce grać i jak chce grać.
I tak dla Marcina, bardzo ambitnego chłopaka, kij golfowy okazał się mało wymagającym instrumentem. Zszedł więc cztery piętra niżej i od swojego kolegi, o dźwięcznym imieniu Bogusz (i niemniej dźwięcznym nazwisku Downar-Zapolski) pożyczył starego wysłużonego Defila. Zrobiło się trochę dramatycznie, bo Defil postawił poprzeczkę zdecydowanie wyżej niż kij. I tak romans z gitarą okazał się fiaskiem. Na szczęście tylko na chwilkę...
Kolejne próby zostania gitarzystą były dużo bardziej owocne. Do tego stopnia, że opanowawszy jeden z wczesnych kawałków zespołu Metallica, Marcin doszedł do wniosku, że jest znakomity. Potem nastąpił wieloletni, żmudny okres weryfikowania tej teorii przede wszystkim w oczach własnych.
Pierwszym zespołem, w którym grał, był Guitars Project, którego nazwa wyraźnie określa zamiłowanie muzyka. Był to band, któremu liderował Darek Kurman. Następnym był już Hey, do którego zaprosił go kolega - Piotrek Banach.
Hey z początku lat 90-tych to: Katarzyna Nosowska, Piotr Banach, Jacek Chrzanowski, Robert Ligiewicz i Marcin Żabiełowicz - oczywiście. W tych znakomitych czasach dla polskiego rock n' rolla Hey stał się istną ikoną. Sprzedał setki tysięcy płyt,
zapełniał na koncertach największe polskie hale.
Marcin zasłynął nie tylko jako wirtuoz gitary, ale również jako maniak sprzętowy w gitarowym światku. Tu byłoby można przytoczyć mnóstwo historii na temat np. Ibaneza RG 760, wymarzonego instrumentu, który był wielomiesięcznym obiektem pożądania muzyka (i w końcu zagościł w jego domu), o gitarze ESP, która miała dodać otuchy Marcinowi po wypadku, ale także o masie innych instrumentów, z którymi Marcin jest niezwykle związany. Niestety nawet wirtualne karty mają swoje granice.
Dowodem tego, że Żabiełowicz jest w Polsce cenionym gitarzystą są występy z artystami prezentującymi najróżniejsze style muzyczne: Natalia Kukulska, Edyta Bartosiewicz, Albert Rosenfield, After Blues... a także wielu innych. Warto też dodać o występach przy okazji
Gitarowego Topu - corocznej prestiżowej imprezy, organizowanej przez magazyn "Gitara i Bas", gdzie na scenie pojawia się cała rodzima śmietanka gitarowych herosów, zresztą wcześniej uhonorowana prestiżowymi statuetkami.
Obecnie podstawowym zespołem Marcina jest wciąż Hey, gdzie w roku 1999 Piotra Banacha zastąpił Paweł Krawczyk. Zespół średnio co dwa lata serwuje swoim fanom nową płytę, na której pojawiają się "ciągle poszukiwane" piękne dźwięki.
Marcin Żabiełowicz to także głowa rodziny, żona Robin, córka Rubi i synek Hugo absolutnie nie przeszkadzają mu w pracy, a z pewnością dodają mocnego kopa energetycznego i oby tak dalej!