GiB: Czy jesteś gitarzystą szkolnie edukowanym?
Marcin Żabiełowicz: Gitarzystą - nie, muzykiem - tak. Przez osiem lat uczyłem się gry na fortepianie: w szkole muzycznej, a później jeszcze prywatnie. Miałem nawet aż 6 godzin lekcji instrumentu tygodniowo.
GiB: Utrzymujesz się w formie, ciągle ćwiczysz na fortepianie?
M.Ż.: Miałem właściwie taki okres w życiu (mniej więcej ósma klasa), kiedy fortepian nagle zaczął mi ciążyć jako instrument obciachowy, smokingowo-krawatowy. W szkole średniej cały czas cierpiałem na awersję do fortepianu. Dopiero później zacząłem ten instrument doceniać i teraz często marzy mi się, żeby w kącie pokoju stał sobie Bechstein. Dzisiaj, kiedy tylko mam dostęp do fortepianu - wyżywam się na nim okrutnie nadrabiając zaległości.
GiB: Kiedy zainteresowałeś się gitarą?
M.Ż.: Właściwie w momencie gdy dostałem minigolfa. Kij minigolfowy idealnie zastępował mi gitarę: wygodnie się go trzymało i "grałem" do muzyki płynącej z wyprzedzającego zawsze nowoczesnością swoją epokę sprzętu mojego ojca. Zadowalało mnie to całkowicie: zarówno wyglądem, jak i brzmieniem. Mniej więcej w piątej klasie zacząłem pożyczać gitarę od kolegi, który mieszkał trzy piętra niżej. Był to potworny akustyczny "Defil" i natychmiast zrozumiałem, że grać na gitarze nie jest tak całkiem łatwo i że z kijem golfowym idzie mi o wiele lepiej. Później przyszedł taki moment, że coś niecoś zaczęło mi na gitarze wychodzić: pamiętam, kiedy pierwszy raz zagrałem unisono z gitarą z płyty - był to Fade to Black z płyty "Ride the Lightning" METALLIKI. Zrobiło to na mnie takie wrażenie, że postanowiłem zwrócić się ku gitarze poważniej.
GiB: W jaki sposób uczyłeś się gry na gitarze? Z jakich materiałów korzystałeś, czy ktoś Cię instruował?
M.Ż.: Raczej to była taka obserwacja koncertów w telewizji, obserwacja kolegów, którzy już gdzieś tam grali.
GiB: Ale starałeś się grać również z taśmą - jak ze wspomnianą METALLIKĄ?
M.Ż.: Owszem i to dość sporo. Mogę nawet powiedzieć, że była to moja główna metoda nauki, ale i obserwowanie koncertów dało mi bardzo wiele. W Szczecinie w tamtych czasach sporo się działo koncertowo i w ogóle muzycznie. Chodziłem więc na koncerty, stawałem i tak sobie marzyłem: żeby kiedyś na tej scenie jako czwarty gitarzysta, cieniutko, w rogu móc coś zagrać.
GiB: Nie korzystałeś z żadnych książek?
M.Ż.: Nie lubiłem książek instruktażowych. Nigdy.
GiB: Opowiedz o swoich gitarach.
M.Ż.: Jest (bo nadal istnieje) instrument spośród gitar mi najbliższy: to gitara elektryczna wykonana całkowicie w młodości przez mojego ojca. Słyszałem o niej w wielu opowieściach w dzieciństwie, była przedmiotem moich marzeń, lecz niedostępnym, bo poniewierającym się gdzieś u dziadka. Kiedy wreszcie ten osławiony instrument dotarł do moich rąk - oszalałem. Uwaga techniczna: w czasach, gdy mój ojciec budował tę swoją gitarę - wszystkie polskie instrumenty miały przetworniki z płaskimi magnesami. Gitara mojego ojca jest pierwszą jaką znam z tamtego okresu, która ma osobny owalny magnes dla każdej struny. Później, w pierwszej klasie szkoły średniej z pomocą rodziców kupiłem kopię Strata, wykonaną przez szczecińskiego lutnika - Adama Glanca.
GiB: Ciekawy i nietypowy jest fakt, że praktycznie od początku i to jeszcze nie bardzo poważnego nawet - uczyłeś się grać na gitarze elektrycznej.
M.Ż.: Tak, właśnie. Wyobraź sobie: był rok 1988, pustki na półkach w sklepie muzycznym, a ja mam swojego strata, do tego wymalowanego farbą jachtową, wyjątkowo trudną do zdobycia. Niestety, jak większość polskich instrumentów i ten miał swoją wadę: kłopoty z brzmieniem. Ale grałem na nim stosunkowo długo.
GiB: Wygląda na to, że jesteś jednym z niewielu polskich muzyków rockowych, którym rodzice nie przeszkadzali w graniu na gitarze.
M.Ż.: Rzeczywiście tak było, mało tego: dzięki ojcu bardzo wcześnie poznałem klasykę rocka.
GiB: Wróćmy do instrumentów.
M.Ż.: Mniej więcej po trzech latach zrozumiałem, że mój niby-strat nie jest już instrumentem, który mnie zadowala. Kupiłem wtedy akustyczną gitarę "Cort". Do wyboru tego instrumentu skusiła mnie cena - 450 DM. Drobne kłopoty ze strojeniem trochę przeszkadzały, ale była to niezła gitara, którą w końcu sprzedałem, gdy zbierałem pieniądze na wzmacniacz.
GiB: A jak wzmacniałeś wspomnianą gitarę elektryczną?
M.Ż.: Wpinałem się do radia, czyli dość tradycyjnie.
GiB: Grałeś już wtedy w jakimś zespole?
M.Ż.: Najpierw grałem sam, później założyłem trio. Instrumentalne, bo nie mogliśmy znaleźć wokalisty. Naturalnie nie miałem żadnego doświadczenia jako leader, był to typowy zespół amatorski spotykający się w wolnych chwilach po szkole. Tamten czas wspominam jednak jako bardzo intensywny, przepełniony zapałem, wręcz pewnego rodzaju szaleństwem.
GiB: Jakiej wtedy muzyki słuchałeś?
M.Ż.: Na pewno dużo Hendrixa, który towarzyszył mi za sprawą upodobań mojego ojca od kołyski, IRON MAIDEN, LIVIN' BLUES - to bardzo dobry i moim zdaniem niedoceniony zespół. METALLIKI - to był dla mnie taki kamień milowy. Generalnie słuchałem raczej mocniejszej muzyki, ale to nie znaczy, że taką muzykę wtedy grałem.
GiB: Twoja pierwsza porządna gitara elektryczna.
M.Ż.: Ibanez RG 760.
GiB: Rzeczywiście, jak na tamte czasy bardzo porządny instrument dla młodego człowieka!
M.Ż.: Jak sam zauważyłeś mam rodziców, którzy mi pomagali. Nie znaczy to, że kupowali mi instrumenty, ale naprawdę poważnie mi w tym pomagali. Tego Ibaneza zobaczyłem pierwszy raz w sklepie w Berlinie w 1988 roku i, zanim stał się moją własnością, "odwiedzałem" go za każdym moim pobytem na którejś z berlińskich wystaw - Funkau-fstellung czy podobnej, czyli mniej więcej raz na cztery miesiące. Przez rok ten błyszczący instrument nie dawał mi spokoju, w domu o niczym innym się nie mówiło. Wreszcie połowę ceny zarobiłem u wujka w szklarni przy roślinkach, a drugą część dołożyli mi rodzice. W ten sposób pierwszy profesjonalny instrument stał się moją własnością.
GiB: Domyślam się, że miałeś już wtedy jakiś wzmacniacz?
M.Ż.: Jeszcze nie, ciągle wpinałem się w radio. Później pożyczyłem 50-watowy basowy wzmacniacz Regent, znany wielu gitarzystom z tamtych lat. Żeby móc kupić piec - sprzedałem wspomnianego akustycznego Corta. Pierwszy mój wzmacniacz to był 40-watowy Marshall.
GiB: Z wysokiego pułapu startowałeś...
M.Ż.: Starałem się, bo już wtedy byłem zdecydowany coś zrobić w kierunku poważnego grania.
GiB: Co działo się z Tobą w okresie kiedy byłeś gitarzystą już w miarę ukształtowanym, a jeszcze nie grałeś w HEY'U?
M.Ż.: Pierwszym moim prawdziwym zespołem, który koncertował i nagrywał również był GUITAR'S PROJECT Darka Kurmana ze Szczecina. Grał muzykę typowo instrumentalną. Wtedy była moda na tego typu granie. To było jeszcze przed renesansem Steve'a Vai'a, ale już za Satrianiego, Taki zespół stricte gitarowy. Byłem tam drugim gitarzystą i występowałem z nim dokładnie rok. Grałem z tym bandom pierwsze poważne koncerty. A potem od razu HEY.
GiB: Jak do tego doszło?
M.Ż.: Poznałem się z Piotrkiem (Banachem -przy p. red.) przez scenę: chciał pożyczyć ode mnie wzmacniacz na nagrania z DUM DUM'EM. Odmówiłem mu, ale już od lego momentu znaliśmy się - dobrze mnie zapamiętał. To był już chyba rok 1991. Później spotykaliśmy się przy różnych okazjach, mieliśmy wspólne zainteresowania - niezależnie słuchaliśmy dokładnie tej samej muzyki: PEARL JAM, SOUNDGARDEN - znane z zachodniej telewizji. W ten sposób zgadaliśmy się. Poza tym bardzo lubiłem zespół DUM DUM, w którym Piotrek grał i chadzałem na jego koncerty. No i od słowa do słowa, wspólne podróże autobusem...
GiB: Zadam Ci dość niegrzeczne pytanie: masz chyba świadomość, że w HEY'U nikt dobrego gitarzysty nie szuka, że jesteś bardziej postrzegany jako idol młodzieży, niż jako profesjonalny, dojrzały gitarzysta?
M.Ż.: Faktycznie, jeżeli zespół pojawia się nagle i znikąd, jak to było z HEY'EM, to w chwili ukazania się nagrań mało wiadomo o jego muzykach. Ale jeżeli komuś podoba się HEY - jego granie i brzmienie, to - może nawet nie mając takiej świadomości - podoba mu się również brzmienie czy w ogóle granie mojej gitary, a więc - nawet pośrednio - akceptuje mnie jako gitarzystę. Nie będę udawał, że jestem wybitnym gitarzystą, więc nie mam prawa czuć się niedoceniony. Natomiast dzisiaj na pewno nie wstydzę się wystąpić na scenie z innymi gitarzystami, a mam takie doświadczenia. Ostatnio na przykład na koncercie z okazji 15-lecia AFTER BLUES.
GiB: Ale ćwiczysz regularnie?
M.Ż.: Tak.
GiB: Ile godzin dziennie?
M.Ż.: Czasem nawet 4-5 godzin, ale nie jestem typem, który ćwiczy regularnie i codziennie. Raczej mam okresy szczególnej aktywności w ćwiczeniu.
GiB: Ćwiczysz z poczucia obowiązku, czy z zapałem, żeby się doskonalić?
M.Ż.: Z poczucia, że chcę się doskonalić. Gdybym miał ćwiczyć z obowiązku, to bym nie ćwiczył.
GiB: W jaki sposób ćwiczysz na instrumencie? Grasz gamy?
M.Ż.: Rzeczywiście, mam taki odruch jeszcze z czasów szkolnych, że rozgrzewam się gamami. Od tego zaczynała się każda lekcja i to jest podstawą do dzisiaj. Następna rzecz ze szkoły, która mi się przydaje, to "im dłużej będziesz grał wolno, tym prędzej będziesz grał szybko". Te oba patenty sprawdzają się od pokoleń i nie tylko w muzyce klasycznej, tych zasad nie ma co łamać. |
GiB: Nie korzystałeś z instruktażowych kaset video?
M.Ż.: Nie miałem dostępu do takich rzeczy,
GiB: A teraz?
M.Ż.: Mam kasetę Paula Gilbert'a z MR.BIG, Ale to jest taka lekcja, że od razu można się zdenerwować z zazdrości. Oglądam ją rzadko, lecz zawsze ze sporym podziwem.
GiB: Wróćmy do instrumentów. Ostatnim wspomnianym przez Ciebie był Ibanez.
M.Ż.: Jesteśmy przy Ibanezie... Ibanez przechodził wielokrotnie bardzo poważne zmiany, ostatecznie z oryginału pozostały tylko klucze i drewno gry tu. wyłączając podstrunnicę. Generalnie więc z Ibaneza prawie nic zostało oryginalnego, później go sprzedałem.
GiB: Czemu ta, porządna przecież, gitara zawdzięczała Twoje brutalne traktowanie? Nie była w stanie Cię zadowolić?
M.Ż.: Nigdy nic zadowoliła mnie z zupełności. Przekonałem się, że nawet do Ibaneza można mieć tysiące słusznych : pretensji, nie jest to moja ulubiona firma.
GiB: Kto dokonywał wspomnianych zmian w twoim instrumencie?
M.Ż.: Z przyjemnością wspomnę o obydwu znakomitych lutnikach. którzy znosili i do dzisiaj znoszą ze spokojem moje fanaberie : zdzierali lakier, wymieniali podstrunnice, przystawki. progi.., To Marek Witkowski i Piotrek Witwicki. Dzięki nim mam len luksus, ze zawsze gdy tylko mam taką potrzebę mogę do każdego z nich pojechać w ciemno, bardzo to sobie cenię. Nieszczęsnego Ibaneza w końcu sprzedałem, ale z Ibanezem zaziębił się ESP Horizon, mój do dzisiaj podstawowy instrument.
GiB: Gdzie go kupiłeś?
M.Ż.: W Dusseldorfie
GiB: To chyba pierwsza gitara ESP, jaka pojawiła się u polskiego muzyka?
M.Ż.: Tak, na pewno pierwsza. I nic wiem czy jest teraz jeszcze jakaś inna.
GiB: Przecież ty masz leszcze druga
M.Ż.: No tak, rzeczywiście. Mój pierwszy ESP nie jest seryjnym Horizonem, ma wprowadzone pewne zmiany, zgodnie z moim życzeniem. Na szczęście w Niemczech,, właśnie w Dusseldorfie jest custom shop ESP, więc nie było z tym większych problemów. Nie stać mnie było, niestety na całość wykonaną w custom shopie, ale mogłem wybrać pickupy, hardware i rodzaj wykończenia. Tak więc pickup przy mostku to DiMarzio PAF-Pro czyli najbardziej klasyczny humbucking, przy gryfie Seymour Duncan SSL-5, a więc zwykły singel.
GiB: To było juz za czasów HEY'A
M.Ż.: Zgadza się. I to był właściwie mój pierwszy instrument taki, jaki chciałem. Następnym jest akustyczna Takamine Santa Fe jeżeli by za kryterium oceny przyjąć ogólną doskonałość instrumentu -jego brzmienie czy nawet wygląd, to jest to moja najlepsza gitara. Jesieni z niej naprawdę bardzo zadowolony. Następnym kupionym przeze mnie instrumentem był Fender Stratocaster.
GiB: Jakiś specjalny model ?
M.Ż.: Bardzo zwykły i bardzo przeciętny, rocznik S4. Nic w nim me ma ciekawego i czuję, ze niedługo powędruje w świat. No i kolej na ostatni nabytek: gitarę ESP model 901. ale też nieseryjny - to znaczy bez humbuckinga, bez Floyd Rose'a. Praktycznie klasyczny Strat, tyle ze przerobiony w custom shopie z modelu 901.
GiB: Był tu chyba spory wydatek
M.Ż.: Właśnie nie az lak wielki. Pamiętaj, ze nie jest to gitara robiona w całości "pod rękę'' na moje zamówienie. Prawdziwą custom shopową gitarę buduje się od podstaw z myślą o konkretnym kliencie, szczególnie droga jest tutaj praca w drewnie, czyli stricte lutnictwo. W trakcie wykonywania instrumentu jego przyszły właściciel przyjeżdża na co najmniej jedną przymiarkę. Zrobiona w ten sposób gitara kosztuje co najmniej kilkanaście tysięcy dolarów i nie ma w Polsce instrumentu wykonanego w całości na zamówienie w custom shopie zgodnie z ideą jego powstania. Raczej na razie wygląda to tak, jak w moim przypadku, że określasz seryjny kształt korpusu, jego materiał, profil gryfu, rodzaj wykończenia, hardware oraz typ i konfigurację przetworników. Na przykład do mojej drugiej gitary ESP zażyczyłem sobie: przy mostku mim humbucker (w obudowie singla) Seymour Duncan JB, następne li' SSL-1 i SSL.-5. Czyli generalnie układ jak w Stracie. W Horizolfie też chcę wymienić singla na JB oraz mostek Floyd Rosę, który i tak już zablokowałem, bo mnie nieco drażnił. Chcę go wymienić na stały. Utrata sustainu i brzmienia w ogóle, jaką powoduje Floyd jest tak olbrzymia. że zdecydowałem się z nim rozstać.
GiB: Jakich strun używasz?
M.Ż.: Wyłącznie ELECTRIC Dean Markley: zestawu TJHB' (10-52) do Stratocastera, a zestawu 'regular' (10-46) do ESP.
GiB: To stosunkowo grube struny
M.Ż.: Rzeczywiście, ale nie lubię nie czuć strun, bardzo mi się wtedy źle gra.
GiB: Dużo podciągasz?
M.Ż.: Myślę, ze dużo. Nie lubię grać płasko. Dźwięk musi "chodzić". Palce muszą czuć strunę, a nie gumę. Dlatego zresztą używam tej konkretnej marki strun.
GiB: Twój pierwszy wzmacniacz.
M.Ż.: Marshall Yalyestale S()4(). Bardzo wielu gitarzystów się ze mnie śmiało, ale nie miałem wtedy funduszy na nic innego. Pierwszą trasę HEY'A zagrałem na tym właśnie wzmacniaczu.
GiB: Nie bardzo widzę powód do naśmiewania się. Przecież to nienajgorszy w wzmacniacz.
M.Ż.: Wyśmiewano się z jego tranzystorów Był taki okres w Polsce, kiedy obowiązywały tylko lampy.
GiB: A przecież są produkowane znakomite wzmacniacze tranzystorowe.
M.Ż.: Chociażby Randall, który z tranzystorów ukręca brzmienie bardziej niż przyzwoite, Ale pamiętam, że nabijano się mojego "tranzystora". chociaż bardzo mi się sprawdził i uważam nadal, że jako wzmacniacz domowy jest to całkiem przyzwoite narzędzie. Dorobiłem do niego wyjście na dodatkowy głośnik i podłączałem do niego dużą paczkę, aż się nawet czasem zatykał. Później był Marshall JCM 800, model 1959, z czterema wejściami, z sześcioma gałkami. Czyli najprostszy JCM 800, jaki istniał. Bardzo go sobie chwaliłem, choć sprawiał pewne kłopoty. Lubił się palić, co absolutnie nie sprawiało mi przyjemności i musieliśmy się rozstać. Później był romans z Mesa Boogie, który nie za dobrze wspominam. Kupiłem go w okresie zachłyśnięcia się Yernonem Reid'em z LIVING COLOUR; on używał Tn-axisa i końcówki 2:90. Mesę lubiłem zawsze i kupiłem ten wzmacniacz, ale ma on ewidentnie heavy-metalowy dryg, którego za żadne skarby nie można się pozbyć. Walczyłem jakiś czas z Tri-axisem ale na szczęście zdążyłem jeszcze korzystnie go sprzedać przed panującym obecnie okresem nienawiści do preampów z końcówkami mocy. Teraz mam Riverę Knucklehead, najlepszy wzmacniacz. jaki miałem w życiu. Mogę śmiało powiedzieć, że jest to wzmacniacz klasy Soldano. Bardzo, bardzo dobry. A oprócz Knuckleheada mam jeszcze starego Fendera Twin Reverb '71.
GiB: Czy jest jeszcze jakiś instrument, o którym marzysz i którego zakup masz w planie?
M.Ż.: Chciałbym mieć porządny instrument zrobiony specjalnie dla mnie w custom shopie. Nic gitarę z pieczątką custom shopu - takich w Polsce jest już kilka, a po prostu mój model.
GiB: Masz na myśli gitarę ESP?
M.Ż.: Cały czas tylko i wyłącznie ESP. Jestem mocno już do tej firmy przywiązany, bardzo mi pasuje.
GiB: Czy ma to jakiś związek z METALLIKĄ, na którą się wcześniej powoływałeś?
M.Ż.: Być może trochę też. Poza tym nie lubię mieć sprzętu, który oglądam później na co drugiej scenie. Po prostu. A ESP to firma. którą spokojnie można porównać do Fendera, Gibsona czy Music Mana, tylko z krótszą tradycją.
GiB: Jakich używasz efektów między instrumentem, a wzmacniaczem?
M.Ż.: Wah-wah. To jest jedyny efekt, jakiego używam, Tradycyjne, najprostsze Cry Baby Dunlopa. W studio dodaje odrobinę delay'a Lexicon 460. Uważam Lexicona za najlepszy delay, nie podoba mi się to TC, które teraz jest bardzo modne i które ma podobno wyprzeć Lexicona. Uważam, że Lexicon jest jedyna firma neutralną, która dodaje delay nie zmieniając barwy, jak to się dzieje w urządzeniach innych firm.
GiB: Wszystkie przestery ze wzmacniacza?
M.Ż.: Wszyściusieńkie. Bardzo nie lubię tych z kanapek. Jestem wręcz na nie uczulony.
GiB: Czy przygotowujesz. Twoje solówki?
M.Ż.: Część tak. Nie jest to tak, że mam wizję od razu. Zazwyczaj .solówki nagrywam pod koniec pracy w studiu. Jestem już wtedy trochę osłuchany z numerem, coś tam sobie śpiewam i nagle zaczynam coś układać, mam już jakąś wizję i koncepcję. Nie zawsze ona się sprawdza i czasem w studiu mój pomysł nie przechodzi z takich czy innych względów, wtedy pozostaje mi już tylko granie na żywo. Czasem na próbie układam sobie coś, co wydaje mi się bardzo dobre, ale ostatecznie zawsze jeszcze coś potem w studiu dochodzi. Musze zaznaczyć, że bardzo nie lubię, gdy koledzy z zespołu źle się o moich solówkach wyrażają i każą mi coś zmieniać. Wiem, że często mają rację, ale bardzo walczę, by została ta "stara", pierwsza wersja.
GiB: To zrozumiałe, że nie lubisz ingerencji: solówka jest przecież czymś bardzo osobistym, nawet - mówiąc górnolotnie - przekazywaniem siebie...
M.Ż.: Dokładnie. Jest mi przykro, że komuś może się to nie podobać. Potrafię nawet w takich momentach być nieprzyjemny dla otoczenia.
GiB: Czy na koncertach pozostawiasz "szkielet" solówki studyjnej i improwizując zbytnio się od niego nie oddalasz?
M.Ż.: Nie zawsze. Ostatecznie nigdy nie trzymam się sztywno tego, co już raz zagrałem, zawsze coś dodaję lub zmieniam. Bywam za to ganiony. Czasami słusznie. Lubię sobie popływać podczas koncertu, co tez czasem przeszkadza.
GiB: Chyba jednak na koncertach rockowa publiczność generalnie spodziewa się szaleństw wykraczających poza znane z nagrań wersji utworów. Ale są wyjątki: spróbuj sobie wyobrazić, ze na przykład Ritchie Blackmore na koncercie DEEP PURPLE w Hghway Star nie zagra słynnej solówki lub chociaż jej elementów. Przecież zginąłby na miejscu...
M.Ż.: To prawda.
GiB: Czyli jest kilka, może kilkanaście takich słynnych solówek gitarowych, które weszły do kanonu rocka i ich twórcy są jakby zobowiązani do ich odtwarzania bardziej, niż do improwizacji. Jest to z jednej strony rodzaj muzycznego Nobla, z drugiej jednak strony pewne ograniczenie...
GiB: Czy możesz mi powiedzieć, kto na Twój sposób gry miał szczególny wpływ? Zwłaszcza chodzi mi o sprawy techniczne.
M.Ż.: Bez wątpienia taką osobą jest Wojtek Wójcicki (gitarzysta DRIVE i GEM'NI - przyp. red.). Bardzo dużo nauczyłem się od niego. Wiadomo, że gitarzysta oglądany w telewizji ma dużo mniejszy wpływ, niż kolega, który nie tyle nawet pokaże sztuczki, ile z którym przede wszystkim można porozmawiać, który jest ci życzliwy. Powtarzam, ze bardzo dużo się właśnie od Wojtka nauczyłem.
GiB: Miło mi to słyszeć. Wojtek jest również jednym z moich ulubionych gitarzystów...
M.Ż.: Bardzo, bardzo go cenię.
GiB: A kogo z gitarowego panteonu obdarzasz specjalnym szacunkiem?
M.Ż.: Na pewno paru się znajdzie... Jimi Hendrix, bez dwóch zdań. Ted Oberg - gitarzysta LIVIN' BLUES. Daye Munay z IRON MAIDEN. Na pewno Kirk Hammett z METALLIKI! Na pewno Marty Friedman z MEGADETH. Któż jeszcze? Eric Ciapton, zwłaszcza z okresu 1975-85. Dave Navarro z JANE'S ADDICTION - obecnie RHCP. Vernon Reid z, LIVING COLOUR: nie miał wpływu na moje granie, bo dysponuje bardzo niepowtarzalną techniką, ale podziwiam go. Natomiast nigdy nie miałem odpału na gości typu Yngwie Malmsteen, chociaż miałem okres fascynacji Vai'em, to prawda. Zresztą nie wierzę gitarzyście, który mówi, że nic w nim nic widzi. Ta elegancja jego gry...
GiB: Czy masz jakieś patenty, które chciałbyś odstąpić czytelnikom "Gitary i Basu"?
M.Ż.: Patent? Chyba raczej dobrą radę dla początkujących: ujmowanie przesteru. Podstawowy błąd, jaki wszyscy robią, to jest odkręcanie gał na full.
GiB: Wiesz z czego to wynika?
M.Ż.: Z łatwości grania?
GiB: Rzeczywiście, "Na rzęchu" od razu jesteś mistrzem świata i na jednej strunie możesz wyciąć taką arię, że zaraz znajdziesz partnerkę życiową.
M.Ż.: W każdym razie nigdy to nie brzmi dobrze. I wielokrotnie już się o tym przekonałem. Pierwszym szokiem, jaki w związku z. tym przeżyłem było, gdy Leszek Kamiński ustawił mojego Marshalla na granicy, jak dopiero zaczynał załapywać przester. I to było w momencie, kiedy zaczynaliśmy nagrywać gitary. Taki szok: jak to?! Tak?! Z tego wszystkiego nic wtedy nie potrafiłem zagrać na takim wzmacniaczu. Dlatego tak doskonale pasuje mi Rivera. Jest to genialny wzmacniacz również do półprzesteru. Jego przestery są takie klarowne, nigdy nie daje "siary" ani przesteru gładkiego, raczej są gruboziarniste. Tak bym to nazwał.
GiB: A jaki sposób nauki zalecisz początkującym dzisiaj? Co zrobiłbyś zaczynając dzisiaj, albo lepiej: jakiego błędu nie powtórzyłbyś? Jak według Ciebie można uczyć się efektywnie? Na przykład ja zawsze doradzam na początek w miarę przyzwoity instrument, aby nie tylko nie zniechęcić ucznia, ale po prostu ułatwić mu początki.
M.Ż.: To na pewno. Ja akurat miałem to szczęście. że zaczynałem od zupełnie przyzwoitego instrumentu. Jakich błędów nie zrobiłbym? To trudne pytanie. Gdy patrzę w przeszłość, to nie widzę w swojej edukacji czegoś takiego, co byłoby ewidentnie głupim błędem... Na pewno po części zawdzięczam to szkole muzycznej. Szkoła muzyczna bardzo mi pomogła. Dzięki pewnej sprawności manualnej wyniesionej z nauki gry na fortepianie, mogłem robić stosunkowo szybkie postępy w grze na gitarze. Te efektowne dość - jak granie równo z METALLIKĄ - postępy zachęcały mnie z kolei do dalszej pracy. Nie miałem problemu z rozruszaniem i rozstawem palców itd. Na. pewno błędem, którego dzisiaj już bym nie zrobił, to nie kupiłbym 70 proc. sprzętu, który przeszedł przez moje ręce i kieszeń.
GiB: Sądzisz, ze nie jest konieczne zmienianie sprzętu, by znaleźć optymalny? Jak wobec tego to zrobić? Zaufać komuś?
M.Ż.: Przed większością nieudanych - jak się później okazywało - zakupów ktoś mnie wcześniej ostrzegał. Jednak musiałem się sam sparzyć, żeby uwierzyć. Nie wiem, może jest to element edukacji i trzeba jednak przeżyć to na własnej skórze... Ostatecznie przestrzegam jednak przed kupowaniem rzeczy niepotrzebnych: GITARA-KABEL-WZMACNIACZ to jest to, o co chodzi.
GiB: Modne jest nagrywanie solowych albumów muzyków ze znanych zespołów. Masz może coś takiego w planach ?
M.Ż.: Sam nie planuję niczego takiego, ale bardzo sobie cenię wszelkie zaproszenia do udziału w różnych okazjonalnych nagraniach czy występach. Szczególnie miło wspominam udział w sesji Edyty Bartosiewicz na płytę dedykowaną Claptonowi i niedawny występ na koncercie z. okazji 15-lecia AFTER BLUES.
GiB: Jeśli mógłbyś zmontować kapelę swoich marzeń - kogo w niej zobaczylibyśmy?
M.Ż.: Ojej! Zacznijmy od sekcji.. Simon Philips na bębnach, Mike Inez na basie, Zakk Wylde na gitarze. Wokalista? Chyba nie mam ulubionego wokalisty... Ale mógłby to być nieżyjący już Andrew Wood z MOTHER LOVE BONE.
GiB: Skończyłeś bardzo niedawno nagrywać nową płytę HEY'A. Jak ją odbierasz, świeżo po pracy?
M.Ż.: To najbardziej dojrzała płyta naszego zespołu. Pracowało się nam nad nią o wiele lepiej, niż nad poprzednimi. Dotarliśmy się jako zespół i jako ludzie pracujący ze sobą. Daje to dużo lepsze, nie obciążone niczym spojrzenie na muzykę. Pracowaliśmy jak zwykle z. Leszkiem Kamińskim w Studio S 4 On jest autorem wszystkich brzmień na płycie. Oczywiście, wtrącaliśmy z. Piotrkiem swoje trzy grosze, ale szefem kuchni był Leszek. Trzy utwory nagrywane były na l00 proc., czyli cały zespół wszedł do studia i nagrał razem cały utwór (Fire Of My Soul, Just Another Day, I don't know). Pozostała część materiału nagrana została tradycyjnie, czyli każdy osobno. Gitary podkładowe nagraliśmy z. Piotrkiem równo w tydzień, solówki dogrywałem już podczas sesji wokalowych. Założyłem sobie, że solówki nie będą, szyte, czyli zagrane zostaną od A do Z w całości. W ten sposób brzmią hardziej naturalnie, jak na koncercie.
GiB: Które utwory HEY'A pokazują Cię najlepiej jako gitarzystę? Czy możesz podać kilka tytułów?
M.Ż.: Do zdecydowanej większości utworów mam bardzo emocjonalny stosunek... As Raindrops Fell, R.E.R..E., Prawda, Have A Nice Day, List - to z tych ostatnich.
GiB: Dziękuję Ci za rozmowę, była dla mnie prawdziwa przyjemnością.
M.Ż.: Dziękuję również.
Rozmawiał Grzegorz M. Rybicki